ANATOMIA NADZIEI: ZMARTWYCHWSTANIE W CIENIU PUSTEGO GROBU

Mógłbym zacząć od suchych liczb i faktów, które jako historyka powinny mnie uspokajać. Mógłbym napisać, że w przypadku Jezusa z Nazaretu dysponujemy większą liczbą zachowanych manuskryptów niż w przypadku jakiejkolwiek innej postaci starożytnej. Mógłbym wspomnieć o Papirusie P52, niewielkim skrawku Ewangelii Jana, który w naukowym konsensusie dzieli od powstania oryginału zaledwie 30–40 lat – to na nim rzymski prefekt zadaje słynne pytanie: „Czy Ty jesteś Królem Żydowskim?”. Dla porównania: najstarsze kopie dzieł Platona czy Cezara oddzielają od ich powstania setki, a czasem ponad tysiąc lat milczenia. Mógłbym pójść dalej i przypomnieć, jak autor Ewangelii według świętego Łukasza wprost deklaruje zacnemu Teofilowi we wstępie, że zbierał relacje tych, którzy od początku byli naocznymi świadkami wydarzeń. Dzieło to, według ustaleń badaczy, spisano około 50–60 lat po wypadkach, które tak starannie w nim zrelacjonowano.

Właściwie już to zrobiłem, ale ten tekst nie jest o historii Nowego Testamentu.

ONTOLOGICZNE PĘKNIĘCIE

Żyjemy w czasach dezerterów. Jako ludzie XXI wieku wystąpiliśmy z odwiecznego porządku, który przez milenia pozwalał nam zachować pion. Natura, ten najsurowszy z nauczycieli, funkcjonuje w rytmie, którego nie da się oszukać: memento mori poprzedza każde resurrectio. Zima nie jest błędem w kodzie wszechświata ani awarią systemu, którą trzeba naprawić klimatyzacją i sztucznym światłem. Zima jest warunkiem wiosny. To okres niezbędnego wyciszenia, w którym życie nie znika, lecz wycofuje się do korzeni, by tam, w ciemności i chłodzie, zebrać siły na nowy początek. To czas, w którym ziemia odpoczywa od rodzenia, przygotowując się w milczeniu na kolejny wysiłek.

My jednak uznaliśmy „zimę” za osobistego wroga. I nie mówię tu tylko o biologicznej śmierci, przed którą uciekamy w medycynę, estetykę i kult wiecznej młodości. Mówię o śmierci planów, ambicji, kończących się relacji czy upadających autorytetów. Panicznie boimy się domykania rozdziałów, jakby każdy koniec był ostateczną katastrofą, a nie szansą na nowe otwarcie. Zapomnieliśmy o prostej prawdzie, którą Andrzej Sapkowski ujął w słowa: „Coś się kończy, coś się zaczyna”. Dzisiejszy człowiek próbuje zatrzymać czas, zamrozić chwilę sukcesu lub trwać w toksycznej stabilizacji tylko po to, by uniknąć konfrontacji z pustką. Tymczasem to właśnie ta pustka, ten brak i ta cisza, są jedynymi miejscami, w których może wydarzyć się coś autentycznie nowego. Bez pustego miejsca nie ma gdzie zaprosić życia.

Kiedyś człowiek, żyjąc bliżej ziemi, był z tym porządkiem oswojony. Co więcej, dostosowywał rytm swojego istnienia do tego niezmiennego ładu. Widział kłos, który musi zostać ścięty, i ziarno, które musi zniknąć w ciemnej glebie, by nie pozostało bezpłodne.

Rozumiał głęboki sens cyklu rocznego: wiosenną radość siewu, letni trud wzrostu, jesienne żniwa będące czasem zbierania owoców, ale i powolnego obumierania, aż po głęboki sen zimy. Wiedział, że każdy z tych etapów jest święty i niezbędny. Dzisiaj, odizolowani betonem, powiadomieniami i technologią, straciliśmy umiejętność „umierania dla siebie”. Chcemy tylko brać, chcemy tylko lata, boimy się jesieni i nienawidzimy zimy. A bez zgody na śmierć Zmartwychwstanie staje się jedynie abstrakcyjną legendą, a nie biologiczną i duchową koniecznością, która pulsuje w każdym źdźble trawy.

ZIARNO I BETON

W samym sercu tej historii leży zdanie, które brzmi jak brutalne prawo biologii, a jest największą obietnicą teologii:

„Jeżeli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie samo jedno, ale jeśli obumrze, przynosi plon obfity” (J 12, 24).

Problem polega na tym, że my desperacko pożądamy plonu, ale panicznie boimy się gleby. Chcemy sukcesu bez ryzyka straty, bliskości bez ofiary i nadziei bez przejścia przez mrok Wielkiej Soboty. Wybraliśmy życie w wiecznym, sztucznym lecie – w sterylnej przestrzeni komfortu, w której nic naprawdę nie dojrzewa, bo nic nie ma odwagi obumrzeć. Nasza nadzieja stała się tanim optymizmem, bo wypreparowaliśmy z niej ból porażki. Tymczasem prawdziwa nadzieja rodzi się dopiero wtedy, gdy stajemy twarzą w twarz z kresem naszych własnych możliwości, tam, gdzie kończą się schematy i pewność siebie.

Współczesna kultura uczy nas, że każda „zima” w naszym życiu to błąd, awaria nastroju, którą trzeba zatuszować. Nie potrafimy już przeżywać żałoby po naszych niespełnionych marzeniach, przez co nosimy w sobie trupy dawnych ambicji, zamiast pozwolić im użyźnić glebę pod nowe działania. Zmartwychwstanie wymaga puszczenia tego, co stare. Wymaga odwagi, by przestać kontrolować proces i pozwolić, by ziarno przestało być ziarnem. Musi nastąpić całkowita transformacja – zmiana formy, której nie da się przewidzieć, ani zaplanować w arkuszu kalkulacyjnym. To proces bolesny, bo wymaga rezygnacji z dotychczasowej tożsamości na rzecz czegoś, co dopiero ma nadejść.

GŁOŚNE PYTANIA PUSTEGO GROBU

W Poniedziałek Wielkanocny, gdy kurz po świątecznym śniadaniu powoli opada, a my przygotowujemy się do powrotu do naszych uporządkowanych, technokratycznych żyć, zostajemy sami z Pustym Grobem. I ten grób, w swojej przerażającej ciszy, zadaje nam dziś niewygodne pytania:

  1. Czy jesteś gotowy wrócić do naturalnego cyklu, w którym strata nie jest ostateczną klęską, a jedynie koniecznym siewem, bez którego przyszłe żniwa nie będą możliwe?
  2. Czy Twoja panika przed końcem jakiegoś etapu życia nie wynika z faktu, że uwierzyłeś w iluzję własnej samowystarczalności?
  3. Kiedy ostatni raz pozwoliłeś jakiemuś swojemu planowi, który ewidentnie nie przynosił owoców, „obumrzeć”, by zrobić miejsce na coś realnego, co mogłoby wyrosnąć na jego miejscu?

Może nie jest jeszcze za późno, by wrócić do tego naturalnego rytmu. Nadzieja płynie z faktu, że ten cykl wciąż trwa, a my – mimo całej naszej pychy, betonu i paraliżującego lęku – wciąż do niego należymy. Pielęgnowanie tradycji przodków to nie tylko folklor czy sentymentalny powrót do przeszłości; to chwytanie się liny, która łączy nas z sensem ukrytym głęboko w ziemi. To uznanie, że nie jesteśmy panami życia i śmierci, ale ich pokornymi uczestnikami, którzy muszą nauczyć się czekać na świt w samym środku nocy.

Poranek zmartwychwstania przypomina nam, że po każdej nocy, nawet tej najdłuższej i najciemniejszej, następuje świt. Pytanie tylko, czy mamy w sobie dość odwagi i pokory, by przestać walczyć i pozwolić ziarnu obumrzeć we właściwym czasie, ufając, że życie zawsze znajdzie drogę powrotną na powierzchnię?

Już w przyszłym tygodniu na blogu pojawi się kolejny artykuł. Tym razem zainaugurujemy sekcję IMAGO (Ścieżka Obrazu).

Trzymajcie się, gdziekolwiek jesteście, i do zobaczenia na szlaku!