NAJAMBITNIEJSZA KAMPANIA W MOIM DOTYCHCZASOWYM ŻYCIU

Rok 2023 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. W roku tym dokładnie dnia 22 marca wrzuciłem na swoja facebookowa tablice wpis, przyozdobiony zdjęciem mnie stojącego przed budynkiem Instytutu Historycznego UWr, o następującej treści:

“To nie jest koniec, to nawet nie jest początek końca. Ale być może, jest to koniec początku!”

Praca obroniona. Dyplom odebrany.

Z perspektywy czasu wiem, że dzień ten, oraz wszystkie wydarzenia które do niego doprowadziły, mogę nazwać być może nie końcem początku, ale na pewno zakończeniem pewnego etapu.

Wszystko zaczęło się niewinnie, od ślubu bardzo bliskiej mi osoby. NIe wiedziałem wtedy, że Mistrz Gry szykuje dla mnie roszadę jakiej nigdy bym się nie spodziewał. Nie wiedziałem, że wydarzenie to stanie się początkiem najambitniejszej kampanii w moim dotychczasowym życiu.  


DAJ MI NARODZIĆ SIĘ NA NOWO

Rzut na blefowanie niezdany. Wynik był bardzo niski. Po pełnej wzruszeń ceremonii nastąpił czas składania życzeń, wzajemnych uścisków i innych dziwnych rytuałów towarzyszących zaślubinom chyba na całym świecie. Zauważyłem, że zwykle wtedy w moim “dorosłym” życiu dopadał mnie podły nastrój. Być może to świadomość tego, że prawdopodobieństwo znalezienia towarzyszki życia dla kogoś takiego jak ja wydawało mi się wtedy bardzo mało prawdopodobne, a tu moja młodsza siostra wyprzedziła mnie na ślubnym kobiercu. Być może to jakaś dziwna zazdrość i tęsknota za wymarzoną miłością, która w dzisiejszych czasach też wydawała się bardzo mało prawdopodobna. Nie wiem. Może ktoś wie. Na pewno nie ja.

Prawda jest taka, że mimo wszystko staram się udawać, że wszystko jest w porządku, ale minę mam nietęgą. Całe szczęście, że za granicami Polski wszyscy myślą, że my słowianie mamy takie niezadowolone mordy, ale wewnętrznie się śmiejemy. Po kolacji jedna z przyjaciółek mojej siostry [nie będę wymieniał z imienia, bo nie wiem czy sobie życzy, ale jeżeli to czytasz to pozdrawiam] zaproponowała mi, żebyśmy razem poszli do Kościoła na drugi dzień, bo będzie niedziela. Nie do końca entuzjastycznie, ale przystałem na tę propozycję. I w ten sposób pierwszy raz zagościłem w ICB [International Church of Barcelona jakby ktoś nie wiedział]. Jako wychowanek Katolickiej Odnowy w Duchu Świętym dobrze poczułem się w bez nominacyjnym Kościele prowadzonym na Ewangelicką modłę. Pod koniec każdego nabożeństwa Pastor John [pozdrawiam jeśli to czytasz]  wygłasza słowa zachęty, żeby podnieść rękę w symbolicznym geście jeżeli ktoś potrzebuje drugiej szansy w Chrystusie. Przez różne życiowe wybory byłem w miejscu nienawiści do samego siebie. Miejscu totalnej beznadziei. Chciałem przerwać pisanie pracy magisterskiej, chociaż właściwie to był jedyny element dzielący mnie od ukończenia studiów. Rzut na wolę pomyślny. Z nadzieją podnoszę rękę w górę. Cała wspólnota modli się słowami, które pozwolę sobie przetłumaczyć na polski:

Panie Jezu, potrzebuję Cię. Przebacz mi moje grzechy i zdejmij ze mnie ciężar przeszłości. Uznaję w Tobie Syna Bożego i proszę: daj mi narodzić się na nowo. Daj mi nadzieję i świetlaną przyszłość – życie na tym świecie i w wieczności.

Słowa te koją serce. Po nabożeństwie idziemy na obiad, potem się rozchodzimy. Amen. Bóg zapłać. Po temacie.

W tym miejscu należy napomknąć, że moja siostra i szwagier zafundowali sobie weekend poślubny, więc ich z nami nie było. Jakież było moje zdziwienie kiedy po ich powrocie, po kolacji w pizzerii którą później bardzo polubiłem, moja siostra wyjechała do mnie z propozycją przeprowadzki do Barcelony. Świeżo po ślubie zaproponowała mi, że mogę zostać u niej przez 3 miesiące, a potem jak znajdę pracę i zakwaterowanie to wiadomo, a jak nie to też wiadomo. Jedyny warunek, mam obronić magisterkę, którą jak wspominałem wcześniej chciałem olać, bo przez moje życiowe wybory miałem bardzo duży minus do rzutów na wolę. 

Końcem marca minie 3 rok odkąd mieszkam w słonecznej Katalonii. Przyjechałem tutaj zniszczony i zrezygnowany. Bez chęci do życia i nienawidzący samego siebie. Przyjechałem z przerażonym wewnętrznym dzieckiem, które przestało wierzyć w jakąkolwiek przyszłość. Teraz dzięki Mistrzowi Gry, który postawił na mojej drodze wspaniałych przyjaciół [jednego to nawet chce tutaj pozdrowić, wiem, że to czyta i mam nadzieję, że zobaczymy się jeszcze w Barcelonie, a jak nie tutaj to u Ciebie we Francji] światłych mentorów oraz bardzo kompetentnego terapeutę [zdaje mi się, że też to czyta więc pozdrawiam] nie poznaję samego siebie. I bardzo się z tego powodu cieszę.

Długo by opowiadać o tym co doprowadziło do tego stanu rzeczy, a ten tekst już wydłużył się do całkiem sporych rozmiarów [nie pogniewam się jeśli ktoś postanowi go czytać na raty], więc pozwolę sobie wspomnieć jeszcze jedynie dwa, istotne moim zdaniem, wydarzenia w kolejności chronologicznej.

CHŁOPIEC MUSI UMRZEĆ

Bardzo niewiele osób wie o tej historii, ale minęło już tyle czasu, że nie wstydzę się o niej opowiedzieć. Czyniąc długą historię krótką: rzut obronny na wolę przeciw zauroczeniu nieudany. Zakochałem się. Tak mi się przynajmniej wydawało. Motyle w  brzuchu i ta wewnętrzna iskra, obudziły śpiącego we mnie od dawna kochanka. Zbliżało się Saint Jordi. Katalońskie święto zakochanych. W dzień ten mężczyźni ofiarowują swoim wybrankom różę, a kobiety dają ukochanemu książkę. Dlaczego tak? Tego dowiecie się z treści listu, który postanowiłem wysłać pewnej białogłowej. Zamieszczam tłumaczenie z języka angielskiego:

Droga XXX,

Postanowiłem napisać te słowa, by podzielić się z Tobą czymś istotnym – by odkryć przed Tobą mój sposób postrzegania historii i ukrytych w niej znaczeń.

Jak zapewne wiesz, dziś obchodzimy dzień Świętego Jerzego. Nie mam pewności, czy znasz legendę, która się za nim kryje.

Święty Jerzy – czy też Sant Jordi w tej katalońskiej wersji opowieści – postanowił ocalić księżniczkę, kładąc trupem smoka. Dokonał tego, lecz w walce odniósł śmiertelne rany. Resztką sił wspiął się na wzgórze i tam wydał ostatnie tchnienie. W miejscu, gdzie na ziemię padły krople jego krwi, zakwitła róża.

Dziś wielu mężczyzn wręcza różę jako deklarację: „Chcę być twoim bohaterem, chcę cię ocalić”. Jednak mój osobliwy umysł woli interpretować tę legendę przez pryzmat teorii archetypów Carla Junga.

Według tej teorii stare opowieści skrywają głębokie prawdy o ludzkiej psychice. Analizując liczne mity i legendy, Jung wyłonił cztery główne męskie archetypy: Króla, Wojownika, Maga (choć ja wolę nazywać go Prorokiem) oraz Kochanka.

Istnieją również archetypy opisujące rozwój dziecięcej duszy, a ich szczytem jest postać Bohatera, który pragnie zbawić wszystkich, w tym samego siebie – choćby poprzez zgładzenie smoka. Według Junga, ten „dziecięcy bohater” musi jednak umrzeć, by do głosu mogły dojść dojrzałe męskie archetypy i przejąć władanie. Dlatego dla mnie róża w dniu świętego Jerzego to coś więcej niż tylko symbol chłopięcej chęci niesienia ratunku.

Postrzegam ten kwiat jako znak gotowości, by ucieleśnić w sobie Króla, Wojownika, Proroka i Kochanka. To symbol chłopca gotowego wzrastać, przeistaczać się w mężczyznę, na jakiego zasługuje kobieta. W tym kontekście książka, którą ona mu ofiarowuje, staje się symbolem jej woli, by wspierać go w tej przemianie.

Pragnę, by każda róża, którą Ci ofiaruję, niosła ze sobą konkretne znaczenie:

  • Pierwsza – byś wiedziała, że Cię dostrzegłem.
  • Druga – bo chcę, byś wiedziała, że Ci ufam.
  • Trzecia – gdy staniesz się moją bliską przyjaciółką.
  • Czwarta – kiedy będę gotów przytulić Cię tak mocno, by odebrać Ci Twój ból.
  • Piątą – gdy posiądziesz znaczną część mojego serca.
  • Szósta – gdy będę gotów stracić tchnienie w Twoim pocałunku.
  • Siódma – gdy będę gotów zostać Twoim sługą i metaforycznie umierać dla Ciebie każdego dnia.

Podarowałem Ci już dwie róże [jedna na totalnym spontanie, a druga miała być do tego listu]. Jeśli kiedykolwiek nadejdzie dzień, w którym uświadomisz sobie, że otrzymałaś ich siedem, wiedz, że oznacza to jedno: oddałem Ci całą władzę i wiedzę potrzebną, by mnie zniszczyć – z nadzieją, że tego nie uczynisz.

Jestem prawdziwie wdzięczny za Twoją obecność w moim życiu. Już teraz sprawiasz, że staję się lepszym człowiekiem.

Myślę, że wiesz, kto skreślił te słowa, ale tak bardzo kocham swój podpis, że nie potrafię sobie odmówić jego złożenia.

Do czasu, aż nasze ścieżki ponownie się przetną,
[Mój Podpis]

Po rozmowie z koleżanką [dawno się nie widzieliśmy, ale pozdrawiam również Ciebie jeśli to czytasz] przemyślałem sprawę i postanowiłem tego listu nie wysyłać. Motywy tej decyzji są dla całej historii nieistotne. Załamany chciałem powrócić do życia bez motyli w brzuchu.

Mistrz Gry jest jeden, ale w Trzech Osobach. Szczególnie lubię przygody, które prowadzi ten z ksywką Duch, który tak jak pozostała dwójka też jest Święty. Rzut na percepcję udany. Przecież, ani ja, ani Mistrz Gry nie możemy pozwolić historii miłosnej z takim potencjałem dać się zmarnować. Dlatego z okazji Sant Jordi kupiłem 7 róż, wsiadłem w pociąg i pojechałem do Montserrat [w największym uproszczeniu Katalońska Częstochowa]. Jest tam klasztor Benedyktynów na sporej górze i w sumie też mają Czarną Madonnę tyle, że figurę a nie obraz. Wiedziałem, że w tej świątyni jest boczna kapliczka, gdzie znajduje się wielka rzeźba ukrzyżowanego. Postanowiłem, że ucałuje jego stopy i tam złożę te róże. Wszystkie 7 na raz, bo z nim nie muszę się bawić w romantyczne podchody. On mi raczej serca nie złamie, a jeszcze w dodatku w Podręczniku Gracza jest napisane, że on jest blisko tych, którym pękło serce, i ratuje tych, którzy są złamani na duchu.

Z takimi mniej więcej myślami dotarłem do drzwi świątyni przed którymi stała ochrona. Pytam ich czy mogę wejść, a oni na to, że jedynie jeśli chcę wziąć udział w mszy. Jasne, że chce – odparłem i wszedłem w jego przedsionki z dziękczynieniem. Do dzisiaj pamiętam o czym było czytane podczas liturgii słowa. Musiałem sprawdzić w aplikacji, bo czytane było po katalońsku, na szczęście msza jest na całym świecie taka sama i czytania takie same [w dużym uproszczeniu oczywiście] więc dałem radę. Ewangelia wg św. Łukasza. Droga do Emaus. W największym skrócie: Dwóch typów, uczniów Jezusa, postanawia, że po ukrzyżowaniu, właściwie w dzień zmartwychwstania, nie będą siedzieć w Jerozolimie tylko idą w cholerę. No i zmartwychwstały Jezus spotyka ich w drodze, a oni go nie poznali. No i smutni mu mulą, że on nie wie co się stało, że tragedia ogólnie. Ten lament kończy zdanie, które w tamtym momencie pierd0ln4ło [uderzyło to za mało, żeby określić to co się wtedy wydarzyło, ale mimo wszystko przepraszam jeśli uraziłem ordynarną vulgatą] we mnie z taką siłą, że zacząłem płakać:

“A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał odkupić Izraela”

No ja też się spodziewałem, ale Mistrz Gry zaprosił mnie w tamtym czasie do zupełnie innej przygody. Nie będzie po mojemu. Często tak jest z Mistrzem Gry. Mimo wszystko bohater musi zginąć, żeby Król mógł rozpocząć swe rządy, wiec po mszy wspiąłem się na najwyższe wzniesienie w paśmie Montserrat, którym jest Sant Jeroni. Ta wędrówka to miało być symboliczne uśmiercenie chłopca – bohatera. Równo o 15:00 dotarłem na szczyt, położyłem się na trawie i wyobraziłem sobie, że się wykrwawiam. Oczywiście nadal, jak każdy mężczyzna, miewam dziecinne zachowania, ale cytatem tamtego dnia na zawsze pozostanie:

„Nie chciałem być królem. Chciałem być wolnym człowiekiem. Ale teraz rozumiem, że korona to nie przywilej, to wyrok sprawiedliwości, który muszę wykonać na samym sobie, by chronić tych, których kocham”.

POLSKI WIKING Z KATALONII

O istnieniu Brokkar Lag of Jomsborg wiedzialem odkąd przybyłem do Katalonii. Rekonstrukcja historyczna to coś do czego od dawna chciałem wrócić, a czasy słowian i wikingów to okres historyczny, który po prostu kocham.  To, że chciałem do nich uderzyć, było zapisane w questach od samego początku tej kampanii. Ale bądźmy szczerzy – przez długi czas byłem wrakiem. Moje Punkty Życia oscylowały w granicach błędu statystycznego, a rzuty na wolę kończyły się krytycznym fiaskiem. Zwyczajnie się bałem. Bałem się, że świat topora, tarczy i surowych zasad mnie przemieli, zanim zdążę w ogóle wyciągnąć broń.

Dopiero gdy Mistrz Gry pozwolił mi trochę „przyekspić”, poczułem, że statystyki powoli wracają do normy. Nie bez wątpliwości – bo te zawsze towarzyszą wędrowcom – postanowiłem wykonać ruch. Postanowiłem więc zagadać do pewnego jegomościa [nie będę wymieniał z imienia, bo nie wiem czy sobie życzy, ale jeżeli to czytasz to wiedz, że pozdrawiam i jestem bardzo wdzięczny]. Zapytałem wtedy czy emerytowany Dziad Borowy [członek drużyny do której w przeszłości należałem] może dołączyć do armii Jomsborga. Jegomość przeszkód nie widział, ale polecił, żebym uderzał bezpośrednio do lagu Brokkar.

Zanim jednak zdążyłem ułożyć wiadomość, przeznaczenie [albo jakieś inne nieznane mi siły] zadziałało szybciej. Styrmann Brokkara [oczywiście również pozdrawiam jeśli to czytasz] dorwał mnie na facebooku, zanim jeszcze zdążyłem cokolwiek wysłać. Zostałem przyjęty tak ciepło, jakby czekali na mnie od lat. Przyjęli mnie jak swojego, który po prostu zbyt długo błądził po innych traktach. Wtedy właśnie zaczął się mój powrót do rekonstrukcji historycznej i wielka przygoda pod znakiem Brokkar Lag of Jomsborg.

Cotygodniowe treningi i czas potreningowy na stałe zagościł w moim rozporządzeniu czasu i zawsze ubolewam, gdy z jakichkolwiek powodów nie mogę wziąć w nich udziału. Mamy już za sobą kilka niezłych przygód, a przed nami jeszcze więcej, oczywiście jeśli Mistrz Gry pozwoli. 

WIDZĘ JAK JUŻ KIEŁKUJE NOWA RZECZ

Patrząc na moją drogę z perspektywy przyczółka w Cerdanyola del Vallès dziękuję za te wszystkie próby, które wzmacniały moją wytrwałość. Mam nadzieję, że ta odrobina wiary którą zdaje mi się, że  mam, wystarczy, żeby po tych wszystkich doświadczeniach awansować na kolejny poziom.

Gdy kładę głowę na moim posłaniu, kiedy wieczorami słońce zachodzi już nad Katalonią, mam wrażenie, że Mistrz Gry, patrząc na mnie dzisiaj, mówi:

Widziałeś co zrobiłem do tej pory? To patrz co robię teraz. Robię drogę na pustyni i woda zaczyna płynąć tam gdzie nie ma prawa płynąć.

I ja to już widzę. Widzę jak zaczyna kiełkować Nowa Rzecz. Widzę to we wszystkich wygranych bitwach i we wszystkich krytycznych pudłach. Widzę to w wielkich powrotach, o których wcześniej pisałem w tym tekście. Widzę to nawet w tym, że jedynymi kwiatami na tej drodze były róże, które zawiozłem do Montserrat. Jednak miód na moje rany i pokrzepiające mleko z nawiązką mi to wynagrodziły.

Od przyszłego tygodnia ruszamy z pełnym harmonogramem: w każdą niedzielę nowy wpis z mojego Arbor Scientiae [Drzewa Wiedzy], na zmianę z kategorii: TEMPUS (Ścieżka Czasu), SACRUM (Ścieżka Ducha), IMAGO (Ścieżka Obrazu) i ITINERARIUM (Ścieżka Wędrowca).

Trzymajcie się gdziekolwiek jesteście i do zobaczenia na szlaku!

Dodaj komentarz