WOJNA W CZASIE POKOJU, CZYLI ZMAGANIA W CZASIE MIĘDZY PRZYGODAMI

Mistrz Gry nie zawsze rzuca nas na pierwszą linię frontu. Czasem pozwala nam wrócić do bazy wypadowej, gdzie misja wydaje się zakończona, a punkty doświadczenia rozdane. I to właśnie w tym pozornym spokoju zaczyna się najtrudniejszy etap. Mój dwubiegunowy umysł w takich momentach, w czasie pomiędzy przygodami, często po prostu szuka przeciwnika. Kiedy nie ma zewnętrznego wroga, zaczynam zmagać się z samym sobą. Codzienne nawyki – wstanie z łóżka, umycie zębów, pójście do pracy, a nawet to pisanie – urastają do rangi epickiego przeciwnika. Zniechęcenie potrafi być tak gęste, że każdy ruch wydaje się walką o przetrwanie w bagnie. To jest moja prywatna wojna w czasie pokoju.

Wiedząc, że moja wojownicza natura najchętniej cały czas szłaby na vikingr [staronordyckie określenie na morską wyprawę łupieżczą], postanowiłem nie dać się tej stagnacji. Doszedłem do wniosku, że słońce i ruch zrobią mi dobrze. Wybrałem cel, który od dawna miałem na liście: iberyjską osadę Ca n’Oliver w Cerdanyoli. To miejsce to nie tylko kupa kamieni – to potężne oppidum [łac. ufortyfikowane miasto na wzniesieniu, centrum polityczno-gospodarcze], które przez ponad pięćset lat, od VI wieku p.n.e., dominowało nad całą równiną Vallès. Wyobraźcie sobie to strategiczne oko: ufortyfikowane miasto na wzgórzu, z murami, wieżami i fosą, kontrolujące każdy ruch towarów i ludzi między wybrzeżem a wnętrzem lądu. To była logistyczny poziom master antycznego świata, gdzie Lajetanie [plemię zamieszkujace te tereny] handlowali nadwyżkami zboża z Grekami i Fenicjanami, budując swoją potęgę na solidnych fundamentach rolnictwa i handlu.

Rzut na wytrzymałość udany –  droga pod górę pozwoliła mi wypocić poranny marazm i nie myśleć o niczym innym oprócz chwili obecnej. Świadomość Żywej Mocy Mistrza Gry pomaga kiedy mój własny procesor, zwany potocznie mózgiem, próbuje mnie zabić. Po drodze odbyłem również rozmowę z rodzicami – taki osobisty „checkpoint” w świecie, gdzie o prawdziwą relację bywa trudniej niż o epicki łup. Przed samym wejściem do muzeum, na wzgórzu, zrobiłem sobie jeszcze chwilę dla siebie. Ostatni papieros, resztka energetyka i widok z góry, który pozwala złapać perspektywę kogoś, kto stoi na straży własnego życia.

Ostatnie spojrzenie na panoramę Vallès pozwoliło mi złapać ostateczny dystans, zanim zdecydowałem się zamknąć słońce za drzwiami wejściowymi. To był ten moment, w którym samo doświadczanie drogi naturalnie przeszło w kolejny etap. Przekraczając próg, nie wiedziałem jeszcze, co to miejsce mi powie – po prostu wszedłem w chłód ekspozycji, która od razu przykuła moją uwagę.

Jako absolwent wrocławskiej Historii w Przestrzeni Publicznej doceniam sposób, w jaki przygotowano tę wystawę. Widać, że jej autorzy odrobili lekcje z tworzenia nowoczesnej i przemyślanej ekspozycji. Poza tym przed wejściem można było zeskanować kod QR, by śledzić narrację w języku angielskim, co jest genialnym rozwiązaniem dla kogoś, kto z różnych powodów chce zgłębić detale w tym języku. Jednak tutaj Mistrz Gry dorzucił mi utrudnienie: moja bateria w telefonie dogorywała na ostatnich procentach. Odcięty od cyfrowego przewodnika, musiałem polegać na tym, co widzę i co wiem oraz, co zwyczajnie jakimś cudem jestem w stanie zrozumieć – czyli w sumie tak, jak lubię najbardziej.

Dla mnie bowiem obcowanie z tego typu wystawami jest bardziej pretekstem do refleksji i wyciągania wniosków niż zdobywania wiedzy, co i tak przecież mimochodem robię przy takiej okazji.

To właśnie tam, krążąc między eksponatami, przyszło zrozumienie. Dotarło do mnie, że to, co trzymało tych ludzi w pionie podczas długich okresów pokoju, to nie była tylko dyscyplina, ale głęboki, organiczny sens wykonywanej pracy. My dzisiaj, jako „niewolnicy systemu”, często rzeźbimy w cyfrowym niebycie dla korporacji-widm i szefów, których twarzy nawet nie znamy. Nasz wysiłek jest anonimowy, a owoce pracy rozmywają się w tabelkach Excela. U Lajetanów było inaczej. Kiedy garncarz lepił te pękate naczynia, kiedy kowal wykuwał kolejne narzędzie, a kobieta mozolnie tkała len na domowym krośnie – oni dokładnie wiedzieli, dla kogo to robią. Nawet jeśli spora część tej produkcji szła na handel z Grekami czy Fenicjanami, to zysk z tej wymiany nie trafiał do kieszeni anonimowego udziałowca na drugim końcu świata, ale realnie budował bezpieczeństwo wspólnoty.

Taka świadomość bycia realnie potrzebnym to potężny modyfikator do rzutów na wolę. Kiedy mój umysł wchodzi w te najcięższe stadia, gdzie walka o zachowanie balansu wydaje się misją samobójczą, to właśnie poczucie bycia bezużytecznym trybem w anonimowej maszynie najbardziej odbiera siły. Iberyjczycy mieli ten mechanizm odwrócony. Ich trud był zakorzeniony w konkretnym celu i konkretnych ludziach, co dawało im dodatkową premię do rzutów obronnych przeciwko zniechęceniu.

Ten wspólnotowy sens nie usuwał ciężaru życia, ale czynił go możliwym do udźwignięcia, bo dawał powód, by rano po prostu podjąć trud – pchnąć pług, zakręcić kołem garncarskim czy zasiąść do krosna. Dla nich nie była to tylko mozolna praca, ale lekarstwo na marazm i fundament podtrzymujący zdrowie psychiczne, dzięki któremu nikt nie musiał mierzyć się z mrokiem w pojedynkę.

Robili to razem, dzieląc domy, w których pod jedną strzechą potrafiły żyć trzy pokolenia, przekazując sobie wiedzę i wspierając się w chwilach, gdy los rzucał na nich nieurodzaj czy chorobę. Ta praca dla społeczności była ich fundamentem. Dawała im poczucie, że nawet gdy nie dzieje się nic „epickiego”, to, co robią, chroni ich plemię przed rozpadem. Była ich lekarstwem na egzystencjalną pustkę. Każde ulepione naczynie, każdy kosz zboża wrzucony do wspólnego silosu był cegiełką dodawaną do muru przetrwania „swoich”. To nie było chodzenie do roboty, żeby mieć za co jeść – to było podtrzymywanie ognia wewnątrz własnego oppidum [antyczne miasto warowne na wzgórzu]. W takim układzie trudniej o to jałowe zniechęcenie. 

Uderzyło mnie, że choć moja wojownicza natura najchętniej widziałaby w nich tylko Skutatów [ciężkozbrojna piechota liniowa, której nazwa pochodzi od scutum – wielkiej tarczy], to polowanie i walka stanowiły jedynie bardzo drobny ułamek ich życia. Mimo to nie musieli szukać przeciwnika na siłę, bo ich życie było wypełnione wspólnym celem. Byli trybami w maszynie, którą kochali i rozumieli.

To pewnie dlatego w drodze odruchowo zadzwoniłem do rodziców. Rodzina to przecież podstawowa komórka społeczna, moje najbliższe plemię. Przecież nawet najsilniejszy wojownik potrzebuje punktu odniesienia, żeby nie zwariować, gdy miecz musi pozostać w zbrojowni, a jedyną bitwą jest kolejny owocowy czwartek. W świecie rozbitym na atomy, gdzie korporacyjny szum próbuje zagłuszyć prawdziwe potrzeby, rodzina pozostaje tym ostatnim bastionem, tą pierwszą, podstawową drużyną, dla której warto cokolwiek budować. To właśnie w rozmowie z rodzicami szukałem tego iberyjskiego poczucia przynależności. Bo każdy poszukiwacz przygód, gdy wraca z wyprawy w czasy spokoju, potrzebuje wiedzieć, że jego praca i wysiłek mają twarz kogoś bliskiego, a nie tylko numer seryjny w systemie. A jako, że żony, a nawet dziewczyny, póki co nie posiadam cieszę się, że zawsze mogę zadzwonić do mamy i taty, którym przecież tak wiele zawdzięczam.

Już w przyszłym tygodniu na blogu pojawi się nowy artykuł. Tym razem wrócimy do sekcji TEMPUS (Ścieżka Czasu).

Trzymajcie się, gdziekolwiek jesteście, i do zobaczenia na szlaku!